Aleksander Blitek

Ukończył Szkołę Aktorską i Telewizyjną „SPOT” w Krakowie (2000 r.) W 2006 r. zdał egzamin eksternistyczny. Zadebiutował w Teatrze Dzieci Zagłębia w Będzinie rolą Krisa w spektaklu pt: „Trzewiczki Andersena” w reż. M.Rosińskiego (2000 r.) W latach 2000-2002 związany był z Teatrem Dzieci Zagłębia w Będzinie, z Teatrem Nowym w  Zabrzu w latach 2002-2006. Od 2006 roku jest w zespole Teatru Zagłębia.

Obecnie w repertuarze:
Szewczyk Dratewka” M. Kownacka
Korzeniec” Z. Białas, T. Śpiewak
Ania z Zielonego Wzgórza” L.M. Montgomery
Koń, kobieta i kanarek” T. Śpiewak
Siódemka” Z. Szczerek, M. Kmiecik
Pomoc domowa” M. Camoletti
Wróg – instrukcja obsługi” D. Cali, S. Bloch
Mesjasze (albo skoro nie zostało nam już nic do wierzenia, to czy wolno nam podważać coś, w co na nowo moglibyśmy uwierzyć?)” J. Czapliński, M. Kącki
Horror szał” P. Pilarski
Między ustami a brzegiem pucharu” M. Wawrzyniak
Nowa Księga Dżungli” M. Kurkowski


Fot. Maciej Stobierski

Wideo

Wywiad

ALEKSANDER BLITEK „Nie wyobrażam sobie życia bez sceny”

 

Skąd w Twoim życiu wzięło się aktorstwo? Było to marzenie z dzieciństwa?

Zaczęło się już w przedszkolu, kiedy na akademii zagrałem Króla Maciusia Pierwszego. Później była Pierwsza Komunia i organista wytypował mnie do śpiewania w kościele. W ogólniaku jeździliśmy na wycieczki do teatrów i to wtedy narodziła się moja miłość do sceny. Wylądowałem w szkole aktorskiej, ponieważ nie chciało mi się uczyć (śmiech).

Pamiętasz swoje pierwsze przedstawienie?

Mój debiut to rola Krisa w „Trzewiczkach Andersena” Michała Rosińskiego w będzińskim Teatrze Dormana.

Jakie emocje Ci towarzyszą, kiedy wchodzisz na scenę?

Są trema i adrenalina, które jednak szybko mijają kiedy tylko znajdę się na scenie i wcielę się w bohatera. Przyjemnym i magicznym doświadczeniem jest kontakt z publicznością, który dostarcza mnóstwo energii.

Co Ci sprawia największą trudność w tym zawodzie?

Najłatwiejsze jest zapamiętanie tekstu. Trudność może sprawiać samo wykreowanie postaci. Trzeba ją stworzyć od początku do końca, wiedzieć, co czuje, jak się porusza, co mówi, jaką sprawę ma do załatwienia i co chce przekazać. Kiedy to wszystko uda się ułożyć w całość, to wtedy rola wychodzi.

Jak przygotowujesz się do roli?

Jeśli mam zagrać krasnoludka, to chodzę na kolanach i coś tam sobie nucę (śmiech). A tak poważnie, kiedy przygotowywałem się do roli w „Wiju” Łukasza Kosa, często chodziłem do cerkwi i tam kontemplowałem ciszę. Ta postać bardzo mnie pochłonęła i żeby dobrze ją odegrać, musiałem przygotować się duchowo.

A masz taką swoją najważniejszą rolę, która zostanie z Tobą na zawsze?

To Szwarcownik z „Korzeńca” Remigiusza Brzyka, postać mocno związana z Sosnowcem, moim miastem i z moim sercem. Jestem lokalnym patriotą.

Trudniej się rozpłakać czy roześmiać na scenie?

Ważne, żeby każda emocja była zagrana naturalnie. Żeby się rozpłakać, wyobrażam sobie jakąś traumatyczną sytuację z życia. Śmiech najczęściej bierze się z konkretnej sytuacji na scenie, z dialogu. Kiedy graliśmy „Korzeńca” po raz ostatni, kupiłem stringi dla siebie i kolegi. W scenie, w której celnicy nas rewidują, musimy ściągnąć spodnie. Proszę sobie wyobrazić, jaką frajdę sprawiliśmy kolegom, którzy zobaczyli, jaką bieliznę mamy na sobie (śmiech).

Czym dla Ciebie jest aktorstwo?

Wszystkim, moją największą pasją, moim życiem. Scena jest czymś pięknym i nie wyobrażam sobie bez nie życia.

Masz swój ulubiony film?

Ostatnio wzruszyłem się na „Zielonej mili” w reżyserii Franka Darabonta.

Co lubisz robić po pracy?

Aktualnie poświęcam się jodze, ona mnie relaksuje, rozciąga ciało i wycisza umysł. Polecam każdemu.

Co zabrałbyś na bezludną wyspę?

Rodzinę. Moje dzieciaki, kobietę, mamę. No i niech będzie słońce.

Masz taką swoją bezludną wyspę?

Wystarczy, że pojadę nad morze. Problem w tym, że jest tak daleko od Sosnowca.

Co chciałbyś mi pokazać w Sosnowcu?

Gdybym miał Cię gdzieś zabrać, poszlibyśmy na Górkę Środulską. Zimą można stamtąd zjechać na sankach. Teraz spędzilibyśmy czas na placu zabaw, a ze szczytu górki patrzylibyśmy na całe Zagłębie.

Spektakle