Ewa Kopczyńska

Związana z Tetrem Zagłębia od 1992r. Egzamin eksternistyczny zdała w 1995 r. Zadebiutowała rolą Ewy w Teatrze Śląskim w Katowicach, w spektaklu „Dekameron” w reż. J. Czerneckiego (1990 r.)

Obecnie w repertuarze:
Ania z Zielonego Wzgórza” L.M. Montgomery
Boeing, Boeing” M. Camoletti
Pyza na polskich dróżkach” H. Januszewska, A. Klucznik
Tartuffe” Molier
Nowa Księga Dżungli” M. Kurkowski
Przodownicy miłości. Rewia związkowo-robotnicza” H. Rome
„Republika Marzeń” W. Zrałek-Kossakowski


Fot. Maciej Stobierski

Wideo

Wywiad

EWA KOPCZYŃSKA „Na scenie czuję się jak ryba w wodzie”

 

Jak to się stało, że została Pani aktorką?

Można powiedzieć, że jest to dziełem przypadku, choć ja w przypadki nie wierzę. Sądzę, że wszystko  jest już z góry zaplanowane, a ja po prostu poszłam za głosem intuicji. Chodziłam do szkół muzycznych, potem chciałam być lekarzem. Z zawodu jestem technikiem analitykiem medycznym i zupełnie nie spodziewałam się, że pewnego dnia trafię do teatru. Po szkole podjęłam pracę w Instytucie Histopatologii w szpitalu w Ligocie. Nie była to odpowiednia praca dla mnie, wykańczała mnie psychicznie, każdego dnia wracałam do domu z bólem głowy. W tym czasie moja mama pracowała w teatrze i pewnego dnia zadzwoniła do mnie z propozycją pracy. Tak trafiłam do Teatru Śląskiego, gdzie pracowałam jako suflerka. Zaczęłam też dostawać drobne role, potem coraz większe. Przeszłam do Teatru Rozrywki, gdzie pracowałam przez rok. A potem był już Teatr Zagłębia.

Które przedstawienie jest dla Pani najważniejsze?

„Edith i Marlene”, sztuka o Edith Piaf i Marlenie Dietrich. Zagrałam w niej Piaf, choć początkowo protestowałam, bo ta postać wydawała mi się tak bardzo ode mnie odległa. Ale zaufałam reżyserce, Ewie Markowskiej, i chyba nieźle zagrałam tę rolę, za którą dostałam nominację do Złotej Maski.

Jakie emocje towarzyszą Pani na scenie? 

Czuję, że robię coś pożytecznego dla ludzi. Lubię ten bliski kontakt z publicznością. Jestem podekscytowana i na scenie czuję się jak ryba w wodzie. Gdybym miała po praz drugi wybierać zawód, to też zostałabym aktorką, choć to trudna i spalająca praca. Wymaga odporności a także ogromnej siły fizycznej i psychicznej. I poświęcenia swojego czasu, także tego prywatnego. Nigdy nie miałam wystarczająco czasu dla rodziny, grałam bardzo dużo. To jednocześnie zawód rozwijający i kształcący, a ja czuję się spełnioną aktorką.

Co jeszcze sprawia Pani frajdę w tej pracy?

Śpiew. Lubię też szukać bohaterów i odnajdywać ich w sobie. Cenię także spotkania z nowymi ludźmi, wartościowymi reżyserami, od których czerpię i to mnie rozwija.

Śmiech czy płacz – co sprawia większą trudność?

To są techniczne kwestie i nie sprawiają żadnej trudności. Najtrudniej jest, gdy trzeba mówić bardzo prawdziwie, kiedy trzeba się obnażyć psychicznie i powiedzieć prawdę od środka. To wymaga głębokiego wejścia w siebie i w swoją postać. Mnie interesuje aktorstwo wyrażane poprzez siebie. Nie budowanie sztucznej postaci, ale czerpanie z własnej historii i ze swoich doświadczeń.

Aktorstwo przenika do Pani życia prywatnego?

Staram się nie zabierać do domu tego, co dzieje się w pracy. Ale za to teatr czerpie z życia prywatnego. Lubię ten proces tworzenia postaci, zastanawiania się, co ja bym zrobiła w konkretnej sytuacji. Swoje doświadczenia przemycam w budowaniu bohatera i jeśli się uda, sprawia mi to mnóstwo radości.

Jaką ma Pani pasję pozateatralną?

Póki co marzę, żeby się porządnie wyspać i odpocząć fizycznie. A potem będę robić to, co lubię. Uwielbiam, choć brzmi to banalnie, kino, książkę, sport, treningi i ćwiczenia. Lubię rozmawiać i słuchać mądrych ludzi. Lubię też się rozwijać, szukać swojej własnej drogi.

Jaki jest Pani ulubiony film?

„Doskonały świat”, „Fortepian”, „Święty dym” a ostatnio „Bohemian Rhapsody”.

Co zabrałaby Pani na bezludną wyspę?

Rodzinę i kota Zuzię. Nie potrafię funkcjonować bez bliskich, choć lubię też relaksować się we własnym towarzystwie, bo jestem samotnicą. Taką bezludną wyspą jest mój dom, gdzie mogę się zamknąć
i odgrodzić od reszty świata. A także domek w środku lasu na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. To tam najchętniej wyjeżdżam, by naładować akumulatory i odzyskać równowagę, która często bywa rozchwiana przez pracę. Oprócz tego, że gram w teatrze, bardzo dużo koncertuję. Moje życie zawodowe jest niesamowicie intensywne i spalające, więc potrzebuję zieleni, śpiewu ptaków, wyciszenia i samotności. Wtedy czuję się znakomicie.

 

Spektakle