Grzegorz Kwas

Absolwent PWST w Krakowie (1996). Zadebiutował w Teatrze im. L. Solskiego w Tarnowie w spektaklu „Wilki i owce” w reż. J. Peszka rolami Pawlina Sawielicza, Wukoła Naumowicza Czugunowa (1995). Związany z Teatrem Zagłębia od 2004 r.

Obecnie w repertuarze:
Horror szał” P. Pilarski
Tartuffe” Molier
Ania z Zielonego Wzgórza” L.M. Montgomery
Opowieść wigilijna” K. Dickens
Ślub W. Gombrowicz
„Republika Marzeń” W. Zrałek-Kossakowski
NikajZ. Rokita
Gniew Zygmunt Miłoszewski


Fot. Maciej Stobierski

Wideo

Wywiad

GRZEGORZ KWAS „Aktorstwo to rodzaj spowiedzi”

 

Skąd aktorstwo wzięło się w Pana życiu?

Pojawiło się późno, bo dopiero w liceum. Przed egzaminami do szkoły aktorskiej byłem w teatrze tylko raz – to była sztuka „Ptasiek” w Teatrze Starym. Ale ten jeden raz mi wystarczył, żeby się zakochać. Moje aktorskie początki mają swoje źródło w kabarecie. W ogólniaku w Tarnowskich Górach zrobiłem dwa kabarety. Ale i tak moja rodzina była zaskoczona, kiedy powiedziałem, że będę zdawał do szkoły teatralnej. Nikt w to nie wierzył.

Pamięta Pan swoje pierwsze przedstawienie?

To była sztuka „Wilki i owce” w reżyserii Jana Peszka w Teatrze im. Ludwika Solskiego w Tarnowie. Zagrałem w niej Czugunowa.

A jaka sztuka jest dla Pana najważniejsza?

Los był dla mnie łaskawy i na swoim koncie mam już ponad 90 spektakli, w większości których zagrałem role pierwszoplanowe. Do tych najważniejszych mogę zaliczyć Grabca z „Balladyny” Bartłomieja Wyszomirskiego, Edgara w „Królu Learze” Piotra Szczerskiego, Pana Młodego w „Wieczorze kawalerskim”, który zagraliśmy 120 razy i nie pamiętam spektaklu, żeby nie zakończył się owacjami
na stojąco. Do tego dodałbym rolę Bohatera z „Kartoteki” Różewicza czy tytułową rolę w „Karierze Artura Ui” w reżyserii Jacka Bunscha. Może nie wszystkie te spektakle były wybitne, ale role
mi zaproponowane na pewno stanowiły dla mnie prawdziwe wyzwanie.

Jakie emocje towarzyszą Pana przy wejściu na scenę?

Różne w różnym wieku. Kiedy byłem młody, to rzucałem się z brawurą w wir pracy i nie wiedziałem, co to jest trema. Teraz ona zaczyna się pojawiać i ma to związek z tym, że mózg się starzeje i zdarzają się luki pamięciowe. Tego się boję. Staram się więc, żeby ta trema była determinująca a nie deprymująca.

Co jest dla Pana trudne w teatrze?

Prawda. Bo żeby po nią sięgnąć, trzeba użyć instrumentu. A tym instrumentem jest organizm, umysł
i wyobraźnia aktora. Aktor odkrywa siebie w roli. To taki rodzaj spowiedzi. Nie każdy chciałby to zrobić a trzeba się na to zdecydować. Jeśli się nie zdecydujesz, nie będziesz wzbudzać emocji.

A co sprawia frajdę?

Ludzie, publiczność. Gdy po spektaklu wstają i biją brawo, to jest to zwycięstwo i katharsis, prawdziwe oczyszczenie z życia prywatnego, wzlotów i upadków, brudu i kurzu przygotowań. To sprawia, że na nowo chce się podejmować kolejne wyzwania.

Jak przygotowuje się Pan do roli?

To jest moja tajemnica, której nie chciałbym zdradzać. Mogę powiedzieć tyle, że gdy znam już rolę na pamięć, to staram się wyobrażać ją sobie w głowie. Nie potrzebuję do tego sceny. Ta przestrzeń wystarcza mi do stworzenia postaci. Wtedy zaczynam rozważać teksty mojego bohatera w różnych sytuacjach, na spacerze w parku, siedząc na kanapie w domu, w samochodzie lub w pociągu albo obserwując ludzi. Wkładam postać między chodzących i szukam dla niej motywacji.

Woli się Pan wcielać w pozytywnych czy negatywnych bohaterów?

Gdy patrzę na przekrój moich ról, to nie ma tam złotych i moralnie pięknych charakterów. Pociągają mnie role tragiczne, które przechodzą przemianę. Ciekawe jest przeprowadzanie zmiany w postaci, ukazanie jej dramatu, bo wtedy ja sam dokonuję zmiany w sobie. Molier, Szekspir, Gogol, Czechow – oni stworzyli takich bohaterów i taki teatr lubię najbardziej.

Jaka jest Pana pasja?

Kiedyś całe życie uprawiałem sport, grałem w piłkę nożną, koszykówkę. W teatrze w Kielcach zaraziłem się miłością do bilardu, nawet ograłem kiedyś mistrza Polski. Uwielbiam spacerować z psem. Zajmuję się ogrodem. Kocham też muzykę. Kiedy rodzina idzie spać, zakładam słuchawki i odsłuchuję koncerty, na których nigdy nie byłem – jak występ Led Zeppelin, The Beatles no i koncerty muzyki klasycznej.

Ma Pan ulubiony film?

Mam dwa: „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone oraz „Salto” Tadeusza Konwickiego.

Co zabrałby Pan na bezludną wyspę?

Wziąłbym płyty muzyczne i książki. Mam szczególny sentyment do „Łuku triumfalnego” Ericha Marii Remarque, bo ta książka zbliżyła mnie i moją żonę. Zapakowałbym też „Mistrza i Małgorzatę” Michaiła Bułhakowa czyli najlepszą książkę na świecie.

Ma Pan swoją własną bezludną wyspę?

Odpoczywam w relacji z wielką, piękną, prawdziwą sztuką. Mogę siedzieć godzinami w muzeum przed jednym obrazem, czasem naprawdę trudno mi się oderwać. Kiedy mam kontakt z kinem i muzyką, moja wyobraźnia fruwa i łatwiej mi wtedy na duszy.

 

Spektakle