Ryszarda Bielicka-Celińska

Absolwentka Studium Aktorskiego przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsk. Debiutowała w Teatrze Wybrzeże w sztuce „Pan Damazy” w reż. J. Afanasjewa (1983). Współpracowała z teatrami: Rozrywki w Chorzowie, Śląskim w Katowicach, im. Siemaszkowej w Rzeszowie. Związana z Teatrem Zagłębia od 1997 r.

Obecnie w repertuarze:
Ania z Zielonego Wzgórza” L.M. Montgomery
Szewczyk Dratewka” M. Kownacka
Tango” S. Mrożek
Pyza na polskich dróżkach” H. Januszewska, A. Klucznik
Pomoc domowa” M. Camoletti
Tartuffe” Molier
Między ustami a brzegiem pucharu” M. Wawrzyniak


Fot. Maciej Stobierski

 

Wideo

Wywiad

RYSZARDA BIELICKA-CELIŃSKA „Buduję postać tak, by coś wniosła w życie widza”

 

Jak zaczęła się Pani przygoda z aktorstwem?

Kiedy miałam 12 lat i byłam w 8. klasie szkoły podstawowej, dostałam trudne zadanie. Poproszono mnie o przygotowanie dużej uroczystości w domu kultury z okazji nadania sztandaru mojej szkole. To wydarzenie miałam nie tylko przygotować, ale też poprowadzić i recytować wiersze. Wyszło wspaniale. Stwierdziłam, że skoro tyle energii i czasu poświęciłam wtedy scenie, to spróbuję na niej zostać.

Pamięta Pani swoje pierwsze przedstawienie?

To był „Pan Damazy” w Teatrze Wybrzeże. Jednak takim prawdziwym debiutem była rola Adelmy
w „Księżniczce Turandot” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Za to sztuką najbliższą sercu jest „Tango” Mrożka, w którym grałam Alę i Eleonorę, a teraz marzę o roli Babci. Ważna dla mnie jest „Wielkanoc” w Teatrze Śląskim, „Niebezpieczne związki” w rzeszowskim Teatrze Siemaszkowej, a w Teatrze Zagłębia „Tańce w Ballybeg”, za które dostałam Złotą Maskę.

Co dla Pani jest najtrudniejsze w tej pracy?

Wszystko. Począwszy od tego, że nigdy do końca nie uporałam się z tremą. Czuję się bardzo odpowiedzialna za widza. Na widowni zasiada około 300  osób. To  może być dla nich ważny moment
w życiu. Zwykle idzie się do teatru po to, aby wyjść o coś bogatszym a moim zadaniem jest sprawić, żeby właśnie każdy widz wyniósł stąd coś wartościowego.

Co Pani sprawia frajdę?

Wszystko! To że mogę przyjść do pracy na godzinę 10:00 a nie na 7:00. Oczywiście żartuję (śmiech).
To że mogę być odpowiedzialna za zawód, który całe życie wykonuję. Ciężko pracuję, żeby odnieść zamierzony efekt, zbudować postać, która będzie coś wnosiła w życie widza.

Trudniej się roześmiać czy rozpłakać na scenie?

Gdy zaczynałam pracę w zawodzie, to łatwo się wzruszałam. Przypominałam sobie wzruszający moment z życia i łzy leciały na zawołanie. Z drugiej strony zawsze miałam poczucie humoru i umiałam rozbawiać towarzystwo. Ale nie umiałam śmiać się na zawołanie. Tak było przez pierwszy rok mojej pracy. Teraz mogę się śmiać lub płakać, bo mam już warsztat i spore doświadczenie.

Jak przygotowuje się Pani do roli?

Długo. Godzinami siedzę w tekście, głośno czytam, angażuję przyjaciół i męża, żeby czasem posiedzieli ze mną nad tekstem. Takie mam sposoby, aby tekst stał się technicznie i automatycznie moim własnym. Dopiero wtedy biorę się za budowanie postaci i ostateczną pracę z reżyserem. Staram się słuchać reżysera.

Jaka jest Pani pasja?

Teatr! Lubię też spacerować, chodzić po górach, podróżować, czytać książki, jeździć na nartach, zwiedzać, spotykać się z rodziną i z przyjaciółmi. Lubię kino i jeżeli mogę się realizować tam poza teatrem, to robię to chętnie i z pasją. Mam też swoją ważną filmową historię. Z pierwszym mężem zrobiliśmy film “Dworcowa ballada”, który został zmontowany w naszym mieszkaniu, częściowo
za nasze pieniądze. Mówię „zrobiliśmy”, chociaż to on był reżyserem, ale miałam wpływ na montaż każdej sceny a wcześniej przez dwa tygodnie byłam na zdjęciach w Moskwie. Film wygrał wiele europejskich festiwali. Dzięki temu miałam okazję stanąć na czerwonym dywanie w Hollywood, gdyż jego przerobiona na potrzeby HBO wersja pt. “Dzieci z Leningradzkiego” dostała nominację do Oscara!

A ma Pani swój ulubiony film?

„Piknik pod wiszącą skałą” i „Tabor wędruje do nieba”. A “Skrzypka na dachu” widziałam 15 razy.

Co zabrałaby Pani na bezludną wyspę?

Bardzo dużo książek, moje dwa koty ale – po pierwsze – wzięłabym swojego męża.

Ma Pani taką swoją bezludną wyspę?

To Góry Świętokrzyskie z ich rezerwatami przyrody, do których trzeba dojść na piechotę, często nie spotykając żywego ducha. Lubię też Beskid Niski, gdzie mieszkają moi przyjaciele, którym podrzucam koty, by móc bez przeszkód podróżować po świecie.

Czym dla Pani jest aktorstwo?

Tym co chciałam w życiu robić. Dziś się zastanawiam, dlaczego nie zostałam dentystką. Ale zostałam aktorką i nie żałuję.

A gdyby nie była Pani aktorką?

To byłabym reżyserem i zajmowałabym się filmem dokumentalnym. Pokazywałbym historie ludzi słabych, dotkniętych, takich którym trzeba pomagać. Może skończyłabym pedagogikę specjalną. Przez pół roku  pracowałam w Krakowie w zakładzie dla dzieci głuchych jako wychowawca w internacie.

Spektakle