Wojciech Leśniak

Absolwent PWST w Krakowie (1977). Debiutował w Teatrze Polskim (Bielsko-Biała) w spektaklu  „Wesoły wspólnik” W. Rapackiego w reż. R. Krzyszycha  rolą Eugeniusza Molińskiego (1976).  Związany z Teatrem Zagłębia od 1990 r.

Obecnie w repertuarze:
Korzeniec” Z. Białas, T. Śpiewak
Koń, kobieta i kanarek” T. Śpiewak
Boeing, Boeing” M. Camoletti
Prezent urodzinowy” R. Hawdon
Horror szał” P. Pilarski
Tartuffe” Molier


Fot. Maciej Stobierski

Wideo

Wywiad

WOJCIECH LEŚNIAK „Nagrody są ważne, ale tylko przez chwilę”

 

Proszę opowiedzieć o swoich aktorskich początkach.

Mamusia i tatuś byli aktorami. Mamusia występowała w Teatrze Śląskim, więc tam się wychowywałem.  Tata wędrował po teatrach w całej Polsce. Rodzice nie chcieli, żebym został aktorem. Tacie marzyło się, żebym po szkole poszedł do technikum. Spełniłem to marzenie i skończyłem technikum mechaniczne ze specjalnością konstrukcje stalowe. Było to oczywiście zupełnie niepotrzebnie. Ale przy okazji wiele rzeczy nauczyłem się robić sam. Przez lata nie korzystałem z usług mechaników samochodowych i samodzielnie naprawiałem trabanta czy malucha. No ale kiedy skończyłem to technikum, powiedziałem tacie, że spełniłem jego marzenie i teraz nadszedł czas na moje marzenia. I poszedłem do szkoły aktorskiej. Nie przygotowywałem się jakoś specjalnie do egzaminu. Znałem masę monologów. Tekstu Grzegorza z „Kordiana” nauczyłem się w wieku 5 lat. Tata się wtedy denerwował, bo uczyłem się  dużo szybciej niż on. Dostałem się do Warszawy, ale ostatecznie skończyłem Krakowską Szkołę Aktorską.

Pamięta Pan swoje pierwsze przedstawienie?

Podobno pamięta się wszystko, co jest pierwsze. Aktorstwo to piękny i jednocześnie trudny zawód. Dzięki temu, że wychowałem się w rodzinie aktorskiej widziałem, jak „kariery” przepadają, więc przeżyłem mniej rozczarowań w życiu. Nie liczę ról, sztuk, nagród. One są ważne tylko przez chwilę. Cieszę się z każdego wyróżnienia, ale drugiego dnia jestem już święcie przekonany, że od nowa muszę robić swoje. Oczywiście, pamiętam swoją pierwszą sztukę. Od trzech lat jestem na emeryturze, więc – paradoksalnie – coraz lepiej wszystko pamiętam. To był „Wesoły wspólnik”, Wincenty Rapacki (syn), a ja zagrałem tam główną rolę. Zaczynałem w Teatrze Polskim w Bielsku Białej. Ale kiedyś się wędrowało po teatrach. Wystąpiłem na siedmiu scenach a do Teatru Zagłębia przyszedłem zagrać „Mazepę” Juliusza Słowackiego. Nie podołałem tej roli, niech mi Bozia wybaczy.

A jaka rola jest dla Pana najważniejsza?

Najważniejsza dopiero będzie, wciąż czekam (śmiech). A tak poważnie, nigdy nie miałem takiej wymarzonej roli. Aktorzy nie czekają na rolę, tylko na swojego reżysera. Oczywiście, dostawałem zadania bardziej znaczące, które miały swoje odzwierciedlenie w nagrodach. Ale ja nie przywiązuję do tego większej wagi i nie mam na to czasu, bo przecież ciągle czekam na tę najważniejszą rolę.

Jakie emocje towarzyszą Panu przy wejściu na scenę?

Zaczyna się u mnie potęgować trema i nie wiem, skąd ona się bierze. Już od pierwszej próby generalnej szukam odosobnienia. Chodzę na spacery i alienuję się od otoczenia. Coraz bardziej mi ta trema dokucza. Wyjście na scenę przy pełnej widowni wywołuje u mnie niedobry stres. Potem to mija, ale ten pierwszy moment jest bolesny.

Jak przygotowuje się Pan do roli?

Tekst trzeba znać na pamięć. To jest prawdziwa zaraza! Kochałbym ten zawód nad życie, gdyby nie ta nauka na pamięć! A tak się szczęśliwie złożyło, że zazwyczaj grałem duże role i tych liter do nauczenia miałem sporo. Żeby poznać swoją postać, działam wyobraźnią i szukam prawdy w tym bohaterze. Zastanawiam się, jak ja bym się zachował w sytuacji, którą ma do przedstawienia mój bohater. Kiedy się znajdzie tę prawdę, to wtedy jest łatwiej.

Jaka jest Pańska pasja?

Tata powtarzał, że młodość i aktorstwo przeminą, więc warto mieć w życiu odskocznię. Swoją pasję odkryłem 10 lat temu. Kupiłem gospodarstwo, sam orzę i sieję. Teraz marzę, żeby mieć kury, krowę i pobawić się w rolnika.

Gdzie by mnie Pan zabrał, gdybyśmy mieli spędzić razem dzień w okolicy?

Latem zabrałbym panią na Stawiki, to moje ulubione miejsce w Sosnowcu. Musze się pochwalić, że w marcu zdobyłem trzy medale na mistrzostwach Polski w pływaniu aktorów. Przegrałem z moimi synami (śmiech). Ale lepiej znam Katowice, bo tam się urodziłem. Zabrałbym więc panią do Parku Kościuszki, gdzie stoi drewniany kościółek, a kiedyś był tor saneczkowy i wieża spadochronowa, z której skakałem. Tam też nauczyłem się jeździć na łyżwach. Jedno jest pewne – zawsze mam dobre pomysły, więc nie nudziłaby się pani ze mną ani przez minutę.

A co zabrałby Pan na bezludną wyspę?

Moją żonę. Przeżyliśmy ze sobą 44 lata. Ewa powinna dostać order Virtuti Militari, bo trzeba być aniołem, żeby wytrzymać z takim mężem. Wziąłbym też pewnie jakieś zwierzę, bo zwierzęta towarzyszą mi przez całe życie.

 

Spektakle