Piotr Zawadzki

Debiutował w Teatrze Rozrywki w Chorzowie w spektaklu  „Czarnoksiężnik z krainy OZ” w reż. D. Miłkowskiego (1991). Egzamin eksternistyczny zdał w 1995 r. Związany z Teatrem Zagłębia od 1996 r.

Obecnie w repertuarze:
Ania z Zielonego Wzgórza” L.M. Montgomery
Boeing, Boeing” M. Camoletti
Tartuffe” Molier


Fot. Maciej Stobierski

Wideo

Wywiad

PIOTR ZAWADZKI „Każdy spektakl to operacja na otwartym ciele”

 

Jak zaczęła się Twoja przygoda z aktorstwem?

Wychowałem się w małym miasteczku i zastanawiałem się, w jaki sposób się z niego wyrwać. Uciekałem w świat iluzji, teatru, filmu. Zacząłem się angażować w teatralny ruch amatorski, gdzie zdobyłem wszystkie możliwe wyróżnienia. Naturalnym więc wydawała się aktorska ścieżka zawodowa. Miałem też po drodze epizod z fotografią i na moment zawołał mnie film. Przez dwa lata pracowałem jako asystent reżysera w wytwórni filmów fabularnych, skąd wyrwał mnie dyrektor Teatru Rozrywki. Tam zaczęła się moja przygoda z aktorstwem.

Pamiętasz swoje pierwsze przedstawienie?

Wszedłem w zastępstwo w „Kram z piosenkami” w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Reżyserował Jacenty Jędrusik. A potem był „Czarodziej z Krainy Oz”, w którym zagrałem burmistrza miasteczka.

Co czujesz, kiedy wychodzisz na scenę?

Trema jest zawsze, ale za każdym razem wygląda inaczej. I towarzyszy mi tylko na premierach. Po pierwszym wypowiedzianym zdaniu już wszystko wiem. Wiem, jaki będzie spektakl, czy publiczność jest ciepła, życzliwa i chce się bawić. Lubię też etap szukania postaci, odkrywania świata przy stoliku, na próbach z innymi aktorami.

Jak przebiegają Twoje przygotowania do roli?

Jestem trudnym aktorem dla reżyserów. Uczę się tekstu w konkretnych sytuacjach, długo chodzę
z egzemplarzem roli po teatrze. Tekstu uczę się też w domu, w ogrodzie. Musi być wyuczony jak pacierz, żeby umieć go wyrecytować nawet w środku nocy. Dopiero na scenie splatam ze sobą pamięć tekstową i pamięć ciała.

Co Ci sprawia trudność w tym zawodzie?

Każdy spektakl to operacja na otwartym ciele. Przychodzi reżyser, nowy człowiek z nową ekipą. Mówi, czego od nas oczekuje. A my musimy otworzyć „bebechy” i pokazać nasze wnętrza. Nowe przedstawienie to za każdym razem walka ze sobą, z własnymi słabościami i lękami. Cudownie, jak udaje się je przełamać i widać tego efekty. Najbardziej boimy się śmieszności, krępujemy się, czy to, jak planujemy zagrać, nie będzie śmieszne. Mamy też obawy, czy nasza wyobraźnia jest na tyle duża, że będziemy równymi partnerami dla swoich kolegów i reżysera.

A co Ci daje frajdę w pracy?

Spotkania z publicznością. Uwielbiam też chodzić do teatru i oglądać swoich kolegów na scenie. Jak im wyjdzie spektakl, to moje serducho rośnie i mam ochotę ich wszystkich wyściskać. Jeżdżę też po całej Polsce i oglądam spektakle innych aktorów.

W jakie postacie lubisz się wcielać?

Uwielbiam grać komedie. Farsy są niedoceniane, wydaje się, że łatwo rozśmieszyć widza. Ale żeby odpowiednio zagrać farsę i sprawić, że widownia będzie się dobrze bawić, trzeba być naprawdę niezłym aktorem. Od 2003 roku graliśmy „Prywatną klinikę” w Teatrze Zagłębia i widownia ciągle była pełna. Teraz uwielbiam grać Maksa w sztuce „Boeing, Boeing”. Chyba po prostu wiem, jak to robić. Ale dobrze czuję się też w klasykach: Dostojewskim, Czechowie, Szekspirze.

Czym dla Ciebie jest aktorstwo?

Pasją i wielką radością. Spełniam się i samouzdrawiam przez aktorstwo. Mogę się wcielać w różne postacie i nie muszę szaleć na ulicy.

Czym się pasjonujesz?

Fotografią, ale trochę to ukrywam. W życiu zrobiłem jedną zawodową fotografię. Spotkałem kiedyś Staszka Sojkę i zrobiłem mu zdjęcie, które on potem wykorzystywał do promocji. Od paru lat fotografuję portrety ludzi na całym świecie. Może kiedyś będzie z tego wystawa.

A co zabrałbyś na bezludną wyspę?

Trochę książek, gitarę, aparat fotograficzny i swojego psa.

Spektakle